„Beskid Żywiecki, czyli w poszukiwaniu zimy”
Nowy rok przywitał nas zupełnie bezśnieżnie. Nieusatysfakcjonowani brakiem białego puchu w Łodzi zaraz po sesji ruszyliśmy na poszukiwania prawdziwej zimy!
Noc z niedzieli na poniedziałek nie należała do najdłuższych. Skoro świt wszysycy stawiliśmy się w hallu dworca Łódź Kaliska. Z niemałym opóźnieniem zajęliśmy miejsca w przedziałach pociągu zmierzającego do Bielska-Białej. Na podbeskdziu przesiedliśmy się w pociąg do Rajczy. Podróżowanie opóźnionymi pociągami nie wróży nic pozytywnego. Z Rajczy uciekł nam ostatni PKS do Soblówki. W końcu jakimś busem udało nam się podjechać niedaleko naszego schroniska. Kiedy wysiedliśmy naszym oczom ukazała się cudowna, puszysta, nieskończona śnieżna biel! A więc znaleźliśmy zimę! 😉
Spaliśmy w dość osobliwym miejscu, o którym warto wspomnieć kilka słów. „Stara chata u Darka” – tak nazywało się schronisko w którym : w kuchni mieszkał mały koziołek, na poddaszu wszyscy spali w jednym (średniej wielkości ) pomieszczeniu, za łóżka służyły nam materace, a temperatura była dość niska. Ponadto jedynym źródłem światła była mała żarówka, którą należało ręcznie wkręcać i wykręcać . Szczególną uwagę trzeba było zwracać na fakt, aby na raz nie podłączać zbyt dużo urządzeń elektrycznych, gdyż skutkowało to wybiciem bezpieczników. Ciepła woda w łazience była rzadkością, a toaleta była na zewnątrz. Po szoku związanym z warunkami później było już tylko lepiej 😉 Wieczór po przyjeździe upłynął pod znakiem wspólnych rozmów i gier. Zmęczeni, spać poszliśmy koło 22.


Wtorek rozpocząć się miał ambitnie, ale wystartowaliśmy nieco później niż zakładał plan. Ustalona trasa wiodła do schroniska PTTK na Rycerzowej. Po drodze nie obyło się bez drobnych zbłądzeń. Obfite opady śniegu zmusiły nas do żmudnego przecierania szlaków. Po kilkugodzinnym marszu dotarliśmy do celu. Zrozumiałym było, że w schronisku chcieliśmy zjeść coś ciepłego i ogrzać się w ciepłych pomieszczeniach. O ile pierwszy punkt został nam zapewniony, o tyle drugi już nie. Po godzinnym odpoczynku udaliśmy się w drogę powrotną. Wieczór w Soblówce upłynął w klimacie śpiewów i gry na gitarze.
Środa. Nauczeni doświadczeniem dnia poprzedniego, nie narzuciliśmy sobie już godziny startu. „Jak wyjdziemy to wyjdziemy, byle nie za późno bo droga długa”. Postanowiliśmy dotrzeć do schroniska na Przegibku. Do pewnego momentu korzystaliśmy z odcinka przetartego poprzedniego dnia, później skazani byliśmy na brodzenie w śniegu do kolan. Całość marszu zajęła nam na tyle długo, że wieczorem zmuszeni byliśmy korzystać z czołówek do oświetlenia szlaku. Na trasie nie obyło się bez atrakcji w postaci zjazdów na jabłuszkach oraz wojny na śnieżki. Po zejściu do wsi Kolonia, do Soblówki dostaliśmy się busem.
Czwartek. Jako ostatni punkt do zdobycia w czasie rajdu zimowego wyznaczyliśmy sobie Muńcuł. Szczyt okazał się być pokryty śnieżnym puchem do wysokość pasa, co zobowiązywało do śnieżnych igraszek zakończonych sesją fotograficzną. Schodząc do miejscowości Ujsoły skorzystaliśmy z koryta potoku. Po zejścu ze szlaku całą grupą usiedliśmy w lokalnym barze, gdzie przy ciepłych przekąskach oczekiwaliśmy PKS-a do Soblówki.


Poranek ostatniego dnia rajdu upłynął na pakowaniu plecaków i uprzątaniu schroniska. W długą drogę powrotną do Łodzi wyruszyliśmy o 14. Cieszyliśmy się, że tym razem pociągi były punktualne. I choć rajd zakończył się w piątek opowieści o tym co się działo w piwnicy Starej Chaty i dla kogo przeznaczona była czwarta porcja galaretki krążyły wśród Rajdowiczów jeszcze przez kolejne tygodnie 😉
